Budzimy się nad ranem już na duńskich wodach terytorialnych. Szaro i siąpi deszcz. Powoli zbliżamy się do Kopenhagi.
Przez chwilę towarzyszy nam dziwne uczucie - to świadomość, że jesteśmy już w innym kraju, napisy niezrozumiałe, teraz jesteśmy już zdani tylko na siebie. Ale przecież o to właśnie chodzi! Planu na wyprawę żadnego:) Pierwsza noc w Kopenhadze a potem się zobaczy. Mamy dwa tygodnie aby dotrzeć do granicy duńsko-niemieckiej i tyle.
      Jedziemy, od razu wpadamy na ścieżkę rowerową. Piękny niebieski asfalt odróżniający pas dla rowerów, znaki, światła tylko dla rowerzystów. Już nam się podoba:) Napotkani turyści pytają nas o drogę.
Mówię, że jesteśmy z Polski i nie wiemy - w odpowiedzi słyszę, że oni są z USA i nie wiedzą tym bardziej;) Docieramy do centrum. Chcemy dojechać do Idy - kolejnej dziewczyny z hospitalityclub, która zaoferowała nam nocleg. Okazuje się jednak, że nie zabraliśmy wydruku z jej adresem. Rewelacja. Chcemy zadzwonić do domu ale padła mi bateria w komórce.
Postanowiamy odszukać kafejkę internetową żeby sprawdzić adres w skrzynce pocztowej. Tyle tylko, że to niedzielny poranek i większość sklepów jest zamknięta.
Koniec końców udaje nam się znaleźć czynna kafejkę. W środku kilku nastoletnich zapaleńców łoi na strzelankach.
Sprawdzam pocztę - płacę w przeliczeniu 12zł za kwadrans użytkowania internetu. Aha, czyli tanio nie będzie;) Sprawdzamy na mapie i ruszamy.
Po przejechaniu około 500 metrów orientuję się, że zapomniałem w kafejce plecak. Z całą kasą na wyjazd w środku, wszystkimi dokumentami, aparatem i dwoma obiektywami...
Najbardziej stresujące 3 minuty w moim życiu - prawdziwy Tour de France przez krawężniki.
Wpadam do kafejki z bijącym jak młot serce a plecak leży sobie jak gdyby nigdy nic w miejscu gdzie go położyłem. sumie nawet nikt nie zauważył, że wszedłem i coś wyniosłem ze środka. Uff:)
        Ale to nie koniec przygód. Kilka minut później łapię gumę w tylnym kole. No tak, na ulicy pełno szkła i śmieci.
Tylko dlaczego wszędzie czytałem, że Dania jest wyjątkowo czystym i uporządkowanym krajem? Łatam dętkę przeklinając trochę zbyt dużą ilość emocji jak na początkowe 1,5 godziny faktycznej wyprawy.
Zaczepia nas lekko zawiany jegomość i przechodzi od razu na angielski widząc, że nie za bardzo wiemy o co mu chodzi.
Jak zwykle w takich sytuacjach po 5 minutach konwersacji na odchodne pyta się skąd właściwie jesteśmy i kiedy tłumaczę co i jak krzyczy przeczystą polszczyzną 'kurwa mać, to ja sobie język łamię a wy nie mówicie że jesteście z Polski'?!
Podejrzanie mocno zaczyna nas ściskać a mnie jakoś tak bardziej niż Gabrysię. No tak, tłumaczy 'wczoraj zajebista parada gejów była'. Aha...;) Teraz rozumiemy skąd tyle śmieci na ulicach. Przed odejściem około 6 czy 7 razy ostrzegł nas przed Polakami za granicą, że to najgorsze łajzy i lepiej żebyśmy się nie przyznawali że jesteśmy z Polski bo na pewno nas okradną. Bez komentarza haha.
        Załatałem dętkę i ruszamy dalej.
No cóż standardowy błąd - po znalezieniu jednej dziurki nie szukałem dalej a były trzy. Znowu ściągam koło i reperuję dętkę. Dzwonimy do Idy, że zjawimy się za pół godziny. W końcu ruszamy pod wskazany adres. Przypinamy rowery do drzewa pod kamienicą. Idy nie ma, jest tylko jej siostra Lea. Wita się z nami pokazuje pokoje, prosi byśmy czuli sie jak u siebie i uważali na toster bo wszystko przypala, wręcza klucze od mieszkania i wychodzi mówiąc, że spieszy się na imprezę... Jesteśmy w szoku. Ida ma być późnym wieczorem bo pracuje więc zostajemy w mieszkaniu zupełnie sami.
Trudne do pomyślenia w Polsce. Przygotowujemy sobie coś ciepłego do jedzenia, zostawiamy bagaże i jedziemy zwiedzać miasto.
        W głównym punkcie informacyjnym pobieramy darmowe mapki. Miła i bardzo atrakcyjna młoda Dunka tłumaczy mi perfekcyjną angielszczyzną najlepszą trasę na jednodniowe zwiedzanie stolicy. Pełen profesjonalizm. Darmowe materiały, plany miasta i okolicy zalegają na wszystkich regałach - widać dbałość o turystów w każdym calu. Na mapce trasa czerwona - najważniejsze zabytki i ciekawostki Kopenhagi.
Zaczynamy zwiedzanie. Pierwszy punkt - Ogrody Tivoli, wstęp niebotycznie drogi, rezygnujemy z wejścia tym bardziej, że nie mamy czasu korzystać z dostępnych tam kolejek i karuzel. Dalej rynek i ratusz. Na rynku Dzień Strażaka - mnóstwo ludzi, dzieciaki wspinają się do wozów bojowych, trąbią na klaksonach, wszystkiego chcą dotknąć a strażacy ich jeszcze do tego zachęcają - podoba nam się takie świętowanie:) Zwiedzamy Katedrę Vor Frue Kirke oraz Rundeetarn - Okrągłą Wieżę, z której szczytu podziwiamy panoramę stolicy Danii.
Dalej przejeżdżamy przez Ogrody Królewskie z Pałacem Rosenborg aż do fortecy Kastellet. Stamtąd udajemy się nad nabrzeże i obowiązkowy punkt odwiedzin każdego turysty - Małą Syrenkę. Nieopodal spotykamy kolegę z promu, który przyjechał do Danii na pożyczonym rowerze. Opowiada o tym co już zdążył zobaczyć oraz ze zdziwieniem dowiaduje się, że nie słyszeliśmy nic o Christianii. Tłumaczy nam, że to anarchistyczna dzielnica hipisów, gdzie nie ma mocy duńskie prawo i można bez problemu nabyć lekkie narkotyki. Postanawiamy udać się tam nazajutrz. Oczywiście z ciekawości, nie ze względu na marihuanę;)
Mijamy Amalienborg - kompleks pałaców królewskich, monumentalny 'Marmurowy Kościół' (Marmorkirken) oraz nowoczesny, przeszklony, położony częściowo na palach w wodzie budynek Teatru Narodowego. O godzinie 20 docieramy do najbardziej znanej (wypełnionej koszmarnie drogimi kawiarniami i klubami) ulicy Kopenhagi - Nyhavn.
Ulica ta ciągnie się dwoma równoległymi pasami przedzielonymi kanałem portowym gdzie cumują żaglowce, co sprawia że jest niezwykle malownicza a wieczorem bardzo nastrojowa.
        Słońce zachodzi i robi się ciemno a więc wracamy do naszej 'bazy' przejeżdżając jeszcze przez ulicę Stroget z luksusowymi sklepami - jedną z najdłuższych w Europie ulic handlowych.
Mieszkanie nadal puste a więc jemy kolację i bierzemy kąpiel ze świadomością, że przez następne dwa tygodnie będzie to luksus najzupełniej deficytowy.