Dziś pogoda jest łaskawsza. Po ósmej wyjeżdżamy z przypadkowego noclegu i wracamy do Koge.
Jeszcze raz już na spokojnie zwiedzamy rynek i przystań. Robimy zakupy w Netto. To jak nas poinformowała pani z punktu informacyjnego duński odpowiednik Lidla.
Obydwa sklepy jak zauważyliśmy mają najniższe ceny więc staramy się robić zakupy w jednym albo drugim.
Ceny żywności i tak średnio 2 do 3 razy wyższe niż w Polsce.
I znów Duńczycy zachwycają nas swoją pomysłowością. Każdy budynek supermarketu jest pod względem formy i kolorystyki możliwie najbardziej zbliżony do sąsiednich, najczęściej tradycyjnych zabudowań.
Nieduży napis nad wejściem z nazwą sklepu, ściany pomarańczowe, dach czerwony. Wszystko pięknie wkomponowane w miejski krajobraz. Szok. Gdy przypomnę sobie nasze rodzime blaszane biedronki, teskacze, lerua merliny i lidle... Jak widać planowanie ładu przestrzennego w Danii jest na najwyższym poziomie.
        Po jedenastej ruszamy w dalszą drogę. Jedziemy cały czas trasą nr 9 prowadzącą wschodnim wybrzeżem Zelandii Południowej. 20 km za Koge robimy postój w miejscowości Gjorslev.
Znajduje się tutaj zamek z XIV wieku - najstarszy zamieszkany w Danii. Podziwiamy budowlę z zewnątrz jedząc drugie śniadanie w otaczającym go parku.
Parki takie mimo, że będące zazwyczaj własnością prywatną są w Danii ogólnodostępne. Uprasza się jedynie o zachowanie ciszy i nie niszczenie zieleni.
        Po dwóch godzinach docieramy do Hojerup skąd podziwiamy klify Stevns Klint oraz dwa kościoły, z których jeden znajduje się tuż przy granicy lądu.
Zbudowany został najwyraźniej za blisko gdyż na początku XX wieku jego prezbiterium zawaliło się i 'spadło' do morza...
W tym miejscu doświadczyliśmy najwyraźniej zmienności panującej tutaj pogody.
Gdy wchodziliśmy do wnętrza kościoła chowaliśmy się przed deszczem, po kilku minutach zwiedzania wychodziliśmy już przy świecącym słońcu:)
        Dalej na trasie minęliśmy zdemilitaryzowaną strefę wojskową z wystawionymi do oglądania pojazdami bojowymi, ruchomymi radarami, wyrzutniami rakiet i czołgami.
Nie mogłem sobie odmówić oddania kilku strzałów...
      O godzinie 19 dojeżdżamy do klasztoru Vemmetofte otoczonego ogrodem i zabudowaniami gospodarczymi. Szybkie zwiedzanie kompleksu i jedziemy na poszukiwanie miejsca oznaczonego w przewodniku magicznym namiocikiem.
Po drodze mijamy jeden z pierwszych 'przydrożnych sklepów', będących stałym elementem duńskich dróg. Sklepy takie to nic innego jak wyłożone na stołach, przyczepkach lub specjalnych
budkach przedmioty na sprzedaż. Głównie owoce i warzywa.
Niezwykłość ich polega na tym, że nie ma tam żadnego sprzedawcy a interes ubija się biorąc
wybrany produkt i wrzucając wypisaną na nim należność do słoika.
Po raz kolejny okazuje się jak wiele różnic jest między naszymi krajami.
Może zbyt dużo narzekania w moim przypadku ale czy można sobie wyobrazić tego typu sprzedaż w kraju nad Wisłą?
Pokażcie frajera, który wrzuci pieniądze za towar przez nikogo nie pilnowany... albo co więcej zostawi w spokoju stojący przy drodze słoik z gotówką;) Chyba można to już nazwać szokiem kulturowym:)
      W miejscowości Strandegard odnajdujemy darmowe pole biwakowe znajdujące się nie więcej niż 20 metrów od morza. Znów upychamy namiot w mini domku, szybka kolacja z kuchenki turystycznej i kładziemy sie spać.